Był kiedyś taki bloger, nazywał się kominek.

Ten wpis jest taki miejscem w sieci gdzie wspominamy Tomasza „Kominka” podobno – Tomczyka bo jakie on tam nazwisko ma naprawdę to nie wiem. To może być pseudonim, bo jakże to tak nazywać się Tomek i mieć na nazwisko Tomczyk? Prawie jak w 13 posterunku gdzie główny bohater grany przez Cezarego Pazurę nazywał się Cezary Cezary. Wyobrażacie sobie taki zbieg okoliczności i nazwać go np. Cezary Cezarski? Ale poważnie, bo to ma być benefis i epitafium a nie roast odnośnie jego kariery blogerskiej. Obserwowałem jego blogerską karierę, trochę podświadomie zaczerpnąłem z niego i nauczyłem się – jest on jakąś formą mentora dla mnie. Wiecie, w 2005 internet wyglądał troszkę inaczej, a i ja byłem młodszy. Ja wtedy też blogowałem. Na jego blog wchodziły tysiące osób dziennie, na mój – w największej popularności, jedynie setki.
Pamiętam jego przesiadkę z bloxa na in. Pamiętam jak po premierze gameplayu z GTAIV czekałem na gamefont który nigdy nie nastał. Pamiętał wywiad z Lepperem., ale to już późniejsze wydarzenia Posiadałem wtedy blog na joggerze, on na bloxie. Blox, to wiadomo – taka podróba blogspota od agory czy innego szmatławca, platformy która miała przyciągać ludzi. Jogger był platformą do blogowania przez Jabber/XMPP, otwarty protokół, który miał zawojować świat, a przynajmniej pokonać popularne wtedy w polsce gadugadu. Nie zawojował, ludzie oddali swoją prywatność Zuckerbergowi. Ludzie byi za głupi, by zrozumieć że znaczek małpy @ nie oznaczał że jest to adres mailowy, a oddziela jedynie nazwę użytkownika od nazwy serwera. Ale sama platforma była dobra, wysyłało się widaomość do danego usera i po sekundzie była na twoim blogu. Byłem na blipie, gdy zwyzywał szymczaka od blogerskich pizd, bo oznaczył go w blipo-twittcie że niby chce się na nim wybić, bo go oznaczył w blipo-twicie. Boże, ale to ostatnie zdanie było bez sensu. Takie to potworki powstają jak się nie zatrudnia korekty.
Pamietam Andrzeja i jego oblicze, pamiętam pierwsze zdjecie komunika po 4 latach (zjadacza_lokci.jpg) i słynne cztery cytryny, zagadkę do dziś nierozwiązaną. Pamiętam ankietę w której pytał gdzie widzisz go za 10 lat. Czas to zwertfikował. Obecnie kominek (przepraszam – JasonHunt) nie bloguje i dlatego też wystawiam mu pomnik tym wpisem. Pamiętam ekranizację latawca. Pamiętam jego porady związkowe. Niby żył w celibacie, umarł jako prawiczek (w co mu nie ufam, bo o seksie wiedział podejrzanie dużo). Jako pietnastolatkowi ówczesnemu kładł do głowy wiele szkodliwych nawyków, celował raczej w target głupich kobietek. Pamięam akcje z segrittą (która również czerpała wiele z Kominka) która mnie irytowała, raz naśladowaniem go (pisownią typu rUżowy, borze) a raz swoją dynamicznością. Fashionelkę pominąłem, bo modą się nie interesowałem. Znaczy z perspektywy czasu oceniam że olanie mody było niesłuszne, bo skoro podobają mi się ładne kobiety, to znaczy że umiem jako-tako odróżnić brzydkie od ładnego, to znaczy że moja estetyka nie jest wcale upośledzona, jak do tej pory myślałem.

Niby był podobny, ale nie. Nie mówię, że fizycznie, bo ani trochę. Ja na przykład wyglądam tak, on jest łysiakiem. On był wysokim, krótko ściętym facetem, ja aparycją nie przypominam go ani trochę. W innych kwestiach też inny niż ja. Ja rodziniarz, on celibat. On ukończył podstawówkę nawet chyba i maturę zrobił. Podobny był w tym, że również był blogoerem i blogi bez wątpienia kochał, kochał tworzyć i pisać. Był z innej gliny ulepiony, albo na takiego się kreował. Wydawał się nie mieć traum, dobrze wychowany, utrzymywany przez rodziców (z czego był dumny), przede wszystkim – z miasta. Gdy on zwiedział Warszawę, ja ubijałem kuraki na obiad. On kochał modę, ja wchodziłem do sklepu w gumofilcach prosto z pola. On miał trzy blogi, ja pięćdziesiąt na których wstawiałem obrazki gołych dup [podobno on też tak zaczynał]. W końcu, w 2014 zlikwidowali mi hosting obrazków (słynne wstaw.org) przez co moje blogi przestały mieć sens. On po prostu przestał pisać.
Żartował sobie na temat swojego wzrostu, mówiąc rzekomo że ma metr 150 w wysokich butach chociaż, jak na fotkach widać, był całkiem wysoki. Łamał własne reguły. Odradzał wstawianie zdjęć z alkoholem, wrzucając zdjęcia swoich shotów z tequilą. Tworzył dużo contentu, próbował na siłę być kontrowersyjny, w końcu – zgasnął i nie pisze nic. Ja jestem tym oburzony. Nie jego kontrowersyjnością, tylko dlatego że przestał. Coś tam przy tworzeniu bloga z końcówką .in mamrotał że na tym blogu od dziś się nie przeklina i on naprawdę taki jest, co po latach kojarzy mi się z Gimperem, ale to zdecydowanie młodszy kaliber artysty, no i nie bloguje. On też z patologicznego twórcy stał się ogarniętym.

JasonHunt Kominek (podobno nienawidzi gdy używa się dwóch nazw, więc specjanie tak piszę) odmienił polską blogosferę. Ja tak nie uważam, ale wniósł do niej dobre rzeczy. Co na przykład? Przede wszystkim, Zaczął otwarcie mówić o reklamowaniu rzeczy (kampaniach jak to się nazywa) nie biorąc wszystkiego-co-popadnie-by-tylko-zmonetyzować-bloga. I jako pierwszy zaczął mówić o szczerości i autentyczności w tym procesie. Po drugie, pisał dużo o związkach i miłości, czym przyciągał nastolatki na bloga, szukające porad sercowych, a jego porady były naprawdę niezłe. Na przykład radził dziewczynom, by zamiast podrywać chłopców, zapytały wprost czy im się podoba. Wielki człowiek. Wymyślił metodę legalnego zdradzania w zgodzie z własnym sumieniem opartą na niespełnianiu własnych potrzeb. Kominek wymyślił też wojnę kominkową, to znaczy wojował z Doktorem Etkerem czy jak się to pisze. Jego wpis „Dr. Oetker, ty pizdo” był wyżej w wyszukiwarce niż oficjalna strona doktora. Ten doktor był nazwą budyniu sprzedawanego w sklepach, skoro zresztą czytasz po polsku to pewnie kojarzysz budyń z taką nazwą. Trochę tam osiągnął, paru ludzi wkurzył.

Kominek nie zna ataku na kominek.
Zabawne stało się, gdy jeden z użytkowników forum na którym wówczas anonimowo pisywałem, wymyślił atake na kominek. Atake było tradycją tego forum.
Kominek określił wówczas, że w weekend jego blog najechało stado upośledzonych ludzi i iwonki (moderatorki) usunęły nasz spam jeszcze szybciej niż się pojawił. Ostatecznie, w świadomości ludzi, pozostał jedynie przerobiony gejowski komiks, gdzie „atake na kominek” oznaczało atak analny na

Opis tej osoby może wyglądać chaotycznie i bez sensu dla kogoś kto go nie pamiętał, ale jest po prostu surowym wyrzutem wspomnień odnośnie jego z mojej głowy. Nie potrafię go wyrzucić z głowy.

Mam nadzieję że JasonHunt trafi kiedyśna mój wpis, chocciaz pewnie będzie miał to w dupie, bo o nim ciągle ktoś mówi, skoro jest blogowym mikrocelebrytą. Chciałbym by wiedział, że jestem tak stary, że pamiętam jego dziedzictwo. I że jest mi smutno że poszedł, tą, a nie inną drogą, że nie pisze. A pytanie dlaczego nie pisze – ja myślę że albo mu się znudziło udawanie, albo nabiera historii do opowiedzenia, albo jego zamilknięcie jest celowe. W kazdym razie zapamiętajcie, że był kiedyś ktoś taki jak kominek.




Dużo od niego czerpałem, nawet podświadomie, wyrobiłem.
Mam takie ciche marzenie, że może kiedyś trafi na ten wpis i się odezwie.

Napisane przez admin na 15 marca 2022 Categories: Uncategorized

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do Epitafium przy kominku
***

Wpisik o skręcaniu drzew

Napisane przez admin na 16 lutego 2022 Categories: Uncategorized Tags: , ,

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do Upadłe drzewa proszą o litość.
***

Welcome to WordPress. This is your first post. Edit or delete it, then start writing!

Napisane przez admin na 15 lutego 2022 Categories: Uncategorized

Slide 1

CPU Usage: 14%

1 komentarz do Hello world!
***

Udostępniam do pobrania paczkę stu tysięcy nieistniejących twarzy. Utworzyłem je z pomocą AI (ang.artificial intelligence- sztucznej inteligencji) i pokrewnych algorytmów. Właśnie je wysyłam ze swojego komputera. Docelowo będzie ich w adresie pod linkiem 100 000 różnych, niepowtarzalnych i – na pierwszy rzut oka – nawet realistycznie wyglądających twarzy.

https://mega.nz/folder/B4Zkxbyb#6xI-RKD1hf8nLekc4iEZvA

Do czego mogą się przydać? 

Na przykład do reklamy produktów i bycia twarzą kampanii, których nikt nie chce reklamować – maści na hemoroidy, nielubianych firm z fatalną reputacją.

Do ilustrowania i podpierania autorytetu, firmowania słabych artykułów twarzą nieistniejącego autora. Nie namawiam do wykorzystywania w negatywnych, propagandowych celach – ale faktem jest że branżar PRowa i reklamowa na pewno znajdzie niejedno zastosowanie0 dla mojej pracy.

Ja na przykład, na szybko stworzyłem plakaty wyborcze typu twarz z twarzy – możnaby tu dodać napisy w stylu „ludzie stoją za mną murem” itd.

Napisane przez admin na 15 grudnia 2020 Categories: pliki do pobrania

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do Sto tysięcy nieistniejących twarzy
***

Pisząc ten tekst, długo nie wiedziałem, jak mam go zatytułować, w końcu zdecydowałem się na tytuł potrójny by zadowolić purystów i językowych znawców. Gwoli ścisłości – tak, wiem, że czcionka to przedmiot fizyczny – można by rzec, że to pieczątka z literą lub cały ich zestaw, forma do odbijania liter. W języku angielskim jednak, font to zarówno czcionka, jak i elektroniczny plik kroju pisma. Używając tego zapożyczenia „font” robi się bałagan. Windows tłumaczy fonts jako czcionki, co nie jest do końca poprawne nawet w samym języku angielskim, gdyż bardziej pasuje do tego typeface.  W języku polskim jednak, znak to glif.  Obecnie jednak, 95% społeczeństwa mówiąc o czcionce ma na myśli tak naprawdę krój pisma, a raczej plik .tff lub rzadziej .otf. W myśl idei, że to ludzie tworzą język, a ten ciągle ewoluuje, mamy sytuację, gdzie może być ciężko się dogadać w jednym języku, właśnie dlatego, że używając jednego słowa, możemy mieć na myśli totalnie różne rzeczy. Ja mam na myśli cyfrowy plik kroju pisma. Tak w ogóle,  do napisania zainspirował mnie rozdawany niedawno ebook o typografii.   

  1. Courier New
    Mój zdecydowany faworyt. Jest cieńka, czytelna, jednocześnie o stałej szerokości znaku, przez co nadaje się idealnie i do asciartów i do druku, do tego duże O wygląda inaczej niż 0 (zero), a l wyraźnie odróżnia się od 1 (jeden od małego eL)  przez co świetnie nadaje się do wyświetlania kodu i zapobiega pomyłkom przy przepisywaniu. Do tego jest cieńka. Idealna czcionka do druku na oparach tuszu, całe zdanie zużyje go tyle, co jedna litera w Impactu. Gdybym tylko mógł, wydałbym rozporządzenie, by urzędowe pisma pisano Courierem, oszczędzając hektolitry tuszu rocznie.
  2. Pismo szkolne
    Może dziwić taki a nie inny wybór, ale potrafię go dobrze uzasadnić. To jedyna płatna czczionka w zestawieniu. Jej ogromną zaletą jest obsługa ligatur, które obsługuje m.in. photoshop, które sprawiają, że łączą się ze sobą na różne sposoby. To jeden z niewielu fontów, które literę S – jak ser, seler, samochód – rysują tak, jak oryginalnie mnie uczono w szkole – niczym odwrócone c z ostro zakończonym daszkiem. O zastosowaniach można by książkę pisać. Totalny must have. Dla użytkowników domowych cena to stówa z hakiem. O ile należę do partii piratów i jestem zwolennikiem wolnej kultury, o tyle sprzedawana czcionka posiada znak wodny, minimalnie przesunięty nieistotny znak, przez co – gdyby został udostępniony w sieci – właściciel wykupujący licencję zostałby pociągnięty do odpowiedzialności. W stworzenie tego ktoś włożył mnóstwo pracy. Ostatecznie można spiracić lub poczekać na wygaśnięcie praw autorskich.
  3. Visitor
    To z kolei mój faworyt, jeśli idzie o tworzenie miniaturowych znaków wodnych. Wadą jest to że nie posiada polskich znaków, zaletą zaś to, że jest naprawdę minimalistyczny. Podpisuję nim nawet dokumenty i etykiety, tworzę papeterię, zmieniając barwę na niemal białą, ledwie widoczną, by móc łatwo wykryć fałsz. Podobnie, gdy muszę wysłać np. skan dokumentu. Nadaje się do dyskretnych, naprawdę dyskretnych znaków wodnych czy podpisu grafik w drobnej rozdzielczości, gdzie każdy bit i piksel jest na wagę złota.
  4. VCR MONO
    Ta czcionka wykorzystywana przeze mnie jest bardzo często przy produkcji materiałów wideo, z racji tego, że z obrysem wygląda jak żywcem wyjęta z oprogramowania starych magnetowidów (zresztą, jej budowa oparta na siatce o żałosnej rozdzielczości, stąd, taki a nie inny, oparty na kwadratowych, przerośniętych pikselach wygląd). Dobrze nadaje się do projektów w stylu retro.
  5. Jhm
    Czcionka udająca pismo maszynowe, zastosowanie głównie w druku.  Przy odrobinie fantazji, może służyć do kreowania stylizowanych na lata 80 dokumentów. Są płatne wersje podobnych fontów, z darmowych – ten wydaje mi się najlepszy.
  6. Brygada 1913
    Prezent z okazji stulecia odzyskania niepodległości od pana prezydenta. I to prezent dobry. Używam, naprawdę lubię, jest cholernie dobra i klimatyczna, przedwojenny rys dodaje jej uroku, jednocześnie ciężko odmówić jej współczesności.
  7.  Cocogoose
    Impact na miarę naszych możliwości. Ta czcionka jest dokładnie taka, jaki powinien być Impact używany na obrazkach z internetowymi memami, gdyby nie był preinstalowany w każdym Windowsie świata.
  8.  Sans Forgetica
    Czcionka wspomagająca zapamiętywanie, przez to, że jest niekompletna, pocięta, a przy tym wciąż względnie czytelna przez co mózg w celu interpretacji i rozróznienia liter musi działać z nieco większą mocą obliczeniową, cały koncept polegający na badaniu, w którym tekst zapisany trudniejszą do odcyfrowania czcionką, lepiej był zapamiętywania. I – może to placebo, ale – na mnie działa.
Napisane przez admin na 13 października 2020 Categories: typografia

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do 8 moich ulubionych krojów pisma / fontów / czcionek
***

Wiele osób zna historie o tym, jak żołnierze idac na wojne zostawiali rowery pod drzewami i poniewaz czesto nigdy z nich nie wracali, rowery wrastaly w drzewa, które podnosiły je z czasem rosnąć.

Podobnie jak krzywy las w Nowym Czarnowie

Przykładów na tego typu nie trzeba daleko szukać, chociażby w rodzinnym domu mam podobne przypadki:

Te drzewa jako paroletni chlopiec splotlem ze soba. Prawie trzydziesci lat pozniej drzewa „zjadają” swoje gałązki.

Sznur na pranie z czasem wrastajacy w ciagle zywe i rosnace drzewo

Do tej galezi przywiazalem w dzieciństwie ciezki kamien, sam nie pamiętam już po co. Obecnie gałąź do której było przywiązane urosla w taki sposob, ze rośnie nienaturalnie ku dołowi.

Tutaj,natomiast widać  jak sznur na pranie wrosnął w drzewo
Na powyższych zdjęciach widzimy z kolei

gałązkę, która kiedyś przeciągnąłem przez siatkę. Z biegiem lat, drzewo pochłonęło siatkę, w której rosło.

Napisane przez admin na 27 marca 2017 Categories: drzewa, ekologia, natura, przyroda

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do Modelowanie drzew
***

To jest pierwsza notka na blogu.
To moje siódme lub ósme podejście do pisania bloga. Często likwidowano miejsca w internecie w których go pisałem, czasem sam je kasowałem, najczęściej przestraszony, że poznał mnie ktoś kogo znam w realnym świecie.
 To powinno żyć dłużej.
Biję się z myślami dla kogo piszę tego bloga. Czy dla siebie – czy dla czytelników? I po co to robię? Robię to by zapisać i uporządkować swoje myśli (a potem do nich wrócić) i taka forma najbardziej mi odpowiada. Tekst jest wspaniałym narzędziem ku temu. A przy okazji da to okazję do znalezienia moich przemyśleń zainteresowanym.
Blog ma jednak jedną wadę – nietrwałość.  Gdy przestanę pisać, lub niespodziewanie umrę, zostanę uwięziony, lub ktoś zadecyduje o odcięciu łącz.
Dobrze przechowywany, schowany papierowy karteluszek ma potencjał na przetrwanie tysięcy lat (ewangelie sprzed 2000 lat do dziś mają się świetnie).
Zapis cyfrowy, nawet gdyby został wrzucony do internetu, będzie istniał tak długo, jak długo będzie hostowany. A hostowany będzie tak długo jak będzie opłacany. Lub w przypadku usług darmowych – tak długo aż opłacać się to będzie hostującemu.
Irytuje mnie strasznie pogląd głoszący, że internet jest nieskończony. Przecież każda strona w internecie, każdy bit informacji musi być gdzieś przechowywany fizycznie (może być też generowany „na bieżąco”, ale to inny temat.) Niezależnie od nośnika przechowywania danych, uważam, że jest to wartość w pełni wymierna (aczkolwiek bardzo duża i dlatego się wydaje nieograniczona), którą można zmierzyć i wyliczyć.

Nie ma nadziei dla tego tekstu. Nawet przechowywany na serwerach google (blogger należy do google) które ma chyba najwięcej środków finansowych i w teorii , szacuję że zostanie skasowany przypadkiem, lub w wyniku awarii, rezygnacji z usługi, małej ilości wyświetleń, zamachu, niepoprawnych treści. Tak długo jednak jak będzie to możliwe, będę pisał.

O czym będę pisał?
Długo myślałem nad tym. Będę pisał o tym, o czym mi się podoba, bo to przecież mój blog.
Blog jednak – zawiera w sobie słowo log. Czyli dziennik, zapis. Znaczy całość musi być ze sobą powiązana. O tyle, o ile nie chcę opisywać tu dnia po dniu, o tyle czasem będę wrzucał zapiski, jeśli tylko uznam że się nadają.
Będę tu opisywał sposoby rozwiązywania problemów, by w przyszłości ktoś z podobnym problemem trafił na mój opis rozwiązania i zaoszczędził czas.
Będę tu wyrażał swoje zdanie na temat produktów. I przedstawiał pomysły, chociaż coraz częściej łapię się na tym, że w erze internetu w końcu i tak trafiam na pomysł, który zawsze wydawał mi się mój, a i tak końcem końców ktoś opisał to przede mną, chociaż byłem pewien że narodziło się to w mojej głowie.
Ciężko być oryginalnym w dzisiejszych czasach.

Blog został pomyślany tak, by być możliwie jak najlepszy. Zero ozdobników. Dużo tekstu. Przyjazny dla osob niedowidzących. Zaplanowałem każdy, nawet najdrobniejszy element. Jest prawdziwie minimalistyczny (najlepsze jest to, że zawsze gardziłem nurtem minimalizmu – uważałem wręcz przeciwnie, że więcej równa się lepiej, że powinno się być przygotowanym na wszystko, że przechowywanie w erze chmur i tak jest dobre – nawet gdy idzie o cyfrowy byt) i sam odpowiadam za jego wygląd. Podobnie, również opracowałem jego szablon. Jedyną grafiką jest zdjęcie autora na górze tekstu.

Począwszy od czcionki i typografii, skończywszy na każdej informacji na blogu wszystko na nim jest podporządkowane mojej wizji.
Czcionka, to czcionka o jednakowej długości znaku. Zbyt wiele w życiu miałem problemów przez idiotów dobierających takie czcionki, gdzie 0 wygląda identycznie jak duże O a l jak 1. Na tym blogu będzie inaczej. Chociażby z powodu czcionki.
Zamiast kategorii wpisów używam tagów/etykiet gdzie dowolny tag można przyporządkować.
Zawsze mnie denerwowało uporządkowywanie czegokolwiek na zasadzie folderów „rodzic-dziecko”. Było to ograniczenie. Tagowanie jest lepsze, bo są sytuacje niejednoznaczne.
Na przykład, wpis w którym będę umieszczał zdjęcia słodkich kotów przypisać do kategorii Zdjęcia czy Koty? Tagi rozwiązują ten problem, gdyż wymagają znajomości jedynie ogólnikowych słów-kluczy i jako mapa skojarzeń działają lepiej.
 I dlatego na moim blogu wpisy są tagowane.

Kolorystyka, jak mogłoby się wydawać, jest czarno-biała, monochromatyczna. Nie jest to jednak prawda, kontrast jest mniejszy i chociaż na pierwszy rzut oka wygląda to na tekst czarny na białym, tak nie jest. Od kiedy kupiłem sobie Kindle (a później Yotaphone – telefonu z ekranem ww. typu) – czytnik książek z ekranem typu e-ink, z opcją przeglądarki, zacząłem zwracać uwagę na to, by strony dobrze wyglądały w czerni i bieli. Z racji niemożliwości na tego typu ekranach wyświetlania pełnej palety kolorów, to oczywiste że będą wyglądać inaczej, chociaż na pierwszy rzut oka – tak samo. Występuje ponadto na blogu drobny akcent kolorystyczny wyłamujący się z tego.
Tekst można zaznaczyć. Kolor zaznaczenia, jeśli twoja przeglądarka obsługuje CSS3, a najprawdopodobniej tak będzie miłą odskocznią od surowych barw. Śmiało, wypróbuj. Zaznacz cokolwiek.

Nie umieszczam nigdzie archiwum wpisów, ani wyszukiwarki. Pewnie mało kto będzie miał potrzebę czytać wszystkie wpisy. Ludzie będą pewnie tutaj trafiać poprzez wyszukiwarkę i znudzą się po przeczytaniu jednego tekstu, więc takie elementy to element zbędny.

Zdjęcie autora.
Wybrałem jedne z wielu fotek. Widać ją na samej górze. Zastanawiałem się jaką wybrać? Może tą na której jestem z dziewczyną i miło się uśmiechamy? A może  zapętlony GIF, który jest animacją na którym moja głowa obraca się o 360 stopni, by czytelnik mógł efektowniej zapoznać się z kształtem czaszki i posturą autora i mieć o niej jakiekolwiek pojęcie?
Wybrałem w końcu pierwsze lepsze zdjęcie z profilu. Widać na niej połowę mojej twarzy.

Tak właśnie wyglądał wybór, w efekcie czego moje zdjęcie widzicie na górze tego bloga i jest to dobra decyzja. Zaspokaja ciekawość odnośnie wyobrażeń o autorze, a jednocześnie mam na nim zakrytą i niewidoczną stronę twarzy by zapewnić sobie jednak odrobinę prywatności, przy tym wam i przypadkowym czytelnikom funduję tym samym nutę niepewności, czy nie jestem przypadkiem osobą którą mijają codziennie i jednocześnie daje pole do domysłów co tak naprawdę się kryje pod niewidocznym elementem.

Długo zastanawiałem się, czy prowadzić tego bloga anonimowo czy nie. Wybrałem wyjście pośrednie.
Bardzo dobrze było to wyjaśnione w Batmanie Chrisa Nolana. O ile film o facecie z peleryną biegającym po dachach, nie jest ani realistyczną opowieścią, ani nawet pod wieloma względami dobrą w ogóle, to wyłapałem w nim ten cytat których chciałbym przytoczyć:

 Maska [nietoperza – przyp.] nie jest po to by chronić mnie, bo mi to jest obojętne, ale moich bliskich.

Mi jest to obojętne, ale potencjalnie ucierpieć i stracić mogą na tym osoby na których mi zależy.
Załóżmy, że robię, po czym opisuję tu coś moralnie nagannego, publicznie nieakceptowalnego lub utrzymuję niepopularną opinię będącą w skrajnej mniejszości głosząc ją na blogu.
Pojawią się wtedy plotki, rozgłos i liczne złośliwości. Gdy ja nie będę sobie z tego nic robić, jak to się dzisiaj określiło „mieć wyjebane na hejty” wtedy najprawdopodobniej zaczepiane będą osoby również z mojego otoczenia. I to jest element niepożądany.

Groźne jest nie samo podawanie danych, co ich powiązanie z innymi, ot chociażby w wyniku internetowego wycieku.

Byłbym megalomanem, gdybym uważał się za aż tak wpływową osobę, by moje zdanie miało kogokolwiek obchodzić, Może w przyszłości, gdy zdobędę jakąś renomę, a mój blog zyska poczytność może uda mi się wywołać jakiś skandal.

Dlatego lepiej pisać spod nicka. Chociaż to mało, bo pod takowy łatwo się podszyć. Nie chodzi o brak odpowiedzialności za słowa, bo za nie odpowiadam i nie ma sensu rżnąć głupa, zwłaszcza . Ale za to co czytający mają w głowach i co zechcą zrobić odpowiadać nie mogę, bo nie kontroluję tego.

Wynika to z założenia, że nie każdy odpowiada za siebie sam. Popularnym określeniem jest „przynieść wstyd komuś”. Jak można przynieść wstyd komuś, skoro każdy z założenia (błędnego, swoją drogą) jest wolnym człowiekiem i może robić co chce i robi to na własną rękę? Do
Uważam że człowiek nie jest wolny sam z siebie. Temat ten rozwinę przy innym wpisie.

Nie jestem paranoikiem i nie mam fioła na jej punkcie, w ogóle słowo „prywatność” uważam za mocno nadużywane w dzisiejszych czasach, ale tak samo jak w realnym świecie nikt nie wygląda za mną z lornetką, nie chodzi mi po mieszkaniu a moje rzeczy;nie są obmacane cudzymi łapami, nie maca przedmiotów, tak liczę na podobną reakcję w świecie cyfrowym. Staram się być pacyfistą w obu tych przestrzeniach. Na losowe, spontaniczne przeszukania czy pomiary domu (jeszcze, jak myślę) raczej nikt by się nie zgodził, a sam pomysł wywołałby jeżeli nie sprzeciw, to przynajmniej silne zdumienie.Tymczasem, nikogo internetowy stalking i grzebanie w naszych plikach i danych w erze big data nie dziwi. Zadawanie pytanie „co masz do ukrycia” i twierzenia typu ” to godzenie się na bycie permanentnie podejrzanym i traktowane jest jako pasywna zgoda na dość intymną spowiedź.
Podejście „nie mam się czego obawiać, bo nie mam nic do ukrycia” jest ponadto potęgowane przez, ponownie niekoniecznie uświadomione, przekonanie, że „sprawy nie zmierzają w złym kierunku”. Przeładowana bodźcami wyobraźnia zakłada, że negatywne scenariusze wymagają epidemii zombie, inwasji kosmitów, katastrof naturalnych i obowiązkowo – dramatycznej muzyki w tle. A przecież nic takiego się nie dzieje: ktoś po drugiej stronie kabla wie o mnie coraz więcej i co z tego? Czy nagle porwie mnie batalion skandynawskich nieumarłych nazistów? Przecież nie. Nic nie ogranicza moich praw, bo w każdej chwili mogę iść na zakupy i kupić górę niepotrzebnych dóbr konsumpcyjnych, nikt też nie tatuuje mi kodu paskowego na karku. Niemożliwe, że odebrano mi jakieś prawa, bo przecież żyję tak samo, jak wczoraj, czy rok temu. Kolejnym częstym argumentem jest nieśmiertelne „a kto by się tam mną interesował”. Nieśmiertelne, ponieważ towarzyszy nam już od czasu pierwszych włamań na komputery osobiste przez sieć lokalną. Krótkowzroczność niektórych ludzi mnie przeraża.

Nasza aktywność w Internecie może okazać się interesująca dla różnorakich służb nie tylko wówczas, gdy podejmujemy działania sprzeczne z literą prawa. Przechowywane przez nas informacje i wiadomości, wykazy odwiedzanych witryn i inne ślady naszej aktywności w Internecie mogą dostarczyć śledzącym cennych informacji o naszej osobie oraz o osobach, z którymi się kontaktujemy.

Nawet jeżeli dane działanie w określonym momencie nie wydaje nam się nielegalne, możemy nie zdawać sobie sprawy z jego szerszego kontekstu. Jeżeli nawet wydaje nam się, że jako zwykły, szary obywatel nie znajdziemy się pod lupą służb, nie możemy mieć takiej pewności co do osób, z którymi się kontaktujemy, np. naszych znajomych lub kontrahentów. W takim szerszym kontekście, informacje o osobach, z którymi kontaktuje się inwigilowany (w tym o nas), mogą okazać się łakomym kąskiem dla służb.

Istnieje także zagrożenie mające swoje źródło w zapędach władzy. Skoro nawet przeglądarka internetowa potrafi na podstawie wyszukiwanych i odziewanych przez nas stron określić naszą płeć, zainteresowania, poglądy polityczne lub orientację seksualną, to służby specjalne – mając łatwy dostęp do znacznie większej ilości informacji – mogą tworzyć dalece bardziej zaawansowane profile naszej osoby. Teczki osobowe na miarę naszych czasów. My natomiast, nigdy nie będziemy mieli pewności, kiedy określone informacje zostaną użyte i w jakim kontekście. Kto wie, kiedy obecna lub przyszła władza zechce wykorzystać zebrane materiały, aby złożyć nam propozycję nie do odrzucenia.

A kurwa, specjalnie na złość, zainteresuję się czymś nielegalnym i będę cierpiał na cyfrowe ADHD i spowiadał się z rzeczy których nie zrobiłem. Dławcie się.
Tym przemyśleniem kończę pierwszy wpis na blogu.

Napisane przez admin na 22 marca 2017 Categories: fliozofia, IT, prywatność, przemyślenia

Slide 1

CPU Usage: 14%

Brak komentarzy do O prywatności i o blogu.
***